wtorek, 8 stycznia 2019

Podsumowanie 2018

Jako że rok 2018 skończył się niedawno, przydałoby się go trochę go szyciowo podsumować w jednym miejscu. Być może nie był on tak intensywny, jak u innych dziewczyn, ale mimo to naprawdę świetnie się bawiłam!

   Zaczęło się od ogarniania sukienki na Pszczynę, która miała być moim Wielkim Kostiumowym Debiutem. Wiadomo, była bieliznagorset, a później sama sukienka i bonusowo cosplay z musicalu "Hamilton". Wiem, powtarzam się, ale ten piknik okazał się naprawdę spełnieniem moich marzeń i z niecierpliwością czekam na kolejny. Już powoli coś planuję i zaczynam robić, ale o tym kiedy idzie



   Później nadszedł czas na jakiś hamiltonowy cosplay dla mnie, co zakończyło się wieeeelką klapą (jak na razie) i o czym możecie poczytać tutaj : jak nie szyć sukienki

   Po tej jakże dramatycznej porażce zrobiłam sobie trochę szyciowej przerwy, by we wrześniu powrócić z wielką mocą, a dokładniej zaczynając ni to rekonstrukcję, ni to moją własną interpretację jakże uroczej sukienki z 1797 roku, która, aż wstyd przyznać, dalej czeka na wykończenie.

   Może to wcale nie tak dużo, może i mogłam uszyć więcej, ale wiecie co... Czy to ważne? Bawiłam się świetnie szyjąc te stroje i uczestnicząc w pikniku (dalej się tym jaram okey?),a o to w tym przecież chodzi.
   Pełna nadziei czekam na to, co przyniesie nowy rok, i zaczynam planować mój pszczyński outfit. Halka sznurkowa, Zeusie ratuj...

sobota, 10 listopada 2018

Szybka aktualizacja i co ostatnio wyszło spod stopki maszyny

Wiem, wiem, trochę mnie nie było, i szczerze mówiąc jeszcze trochę mnie nie będzie-na dobre przepadłam w szkolno-konkursowym wirze. Postaram się jednak coś tutaj robić, a jeśli nie tu, to na Instagramie, na który zapraszam.

Dzisiaj z racji goniącego mnie czasu (książka do przeczytania na konkursik z polskiego :3) chciałabym pokazać i opisać Wam na czym aktualnie stoję w szyciu.

Z "większych" rzeczy ostatnio uszyłam sobie dwie genialne spódnice. Wiecie-długość za kolano, ładne, grube materiały i jedne z moich ulubionych krojów(takich w stylu retro można powiedzieć). Jestem naprawdę z siebie dumna, może napiszę kiedyś coś o tym, chociaż nie do końca wpisuje się w tematykę bloga.

Moja sukienka z 1797 roku też powolutku sobie powstaje. Gotowy jest cały stanik, nie licząc dziurek na wiązanie. Marszczenia z przodu wykończyłam i przyszyłam do przedniego panelu spódnicy. Zostały do zrobienia tylko te nieszczęsne dziurki, za które jakoś nie mam ochoty się zabierać :P, plisy z tyłu sukni oraz połączenie spódnicy ze stanikiem, i oczywiście wykończenia.



Na ten moment jestem bardzo zadowolona z tego, jak sukienka wygląda. Dzisiaj niestety tylko jedno zdjęcie, w dodatku z Instagrama. Muszę ogarnąć sobie jakąś ładną, dobrze oświetloną ścianę w domu :D

Także na dzisiaj to wszystko z mojej strony, do zobaczenia za (mam nadzieję) nie tak długo :).

czwartek, 20 września 2018

Duńska suknia ślubna z 1797r.

Pierwszy września już dawno za nami, co oznacza, że umieranie szkoła na dobre się zaczęła. Nie mam zbyt wiele czasu, na szycie, jak to z nauką bywa, ale coś sobie powoli dziubię. Opowiem wam, co.

Podobną sukienkę zobaczyłam gdzieś na blogach rok temu i od razu bardzo mi się spodobała. Poszperałam i znalazłam. Doszłam do wniosku, że taka kiecka przyda mi się i na jakieś reko, i na bal (na które i tak nie pojadę hyhy). Kupiłam tkaninę, wydrukowałam wykrój, a teraz spokojnie sobie coś tworzę.

źródło

Sukienka znajduje się w zbiorach Duńskiego Muzeum Narodowego tutaj link do opisu sukienki (a z boku na czerwono jest link do wykroju . Opisana jest jako suknia ślubna z 1797 roku. Próbując tłumaczyć opis na stronie muzeum (napisany oczywiście po duńsku) nie doszłam do niczego konkretnego (pozdrawiam tłumacz google). Na szczęście z pomocą przyszedł teeeeen post. Autorka opublikowała naprawdę przydatne zdjęcia detali i po angielsku opisała proces szycia.

Moja wersja będzie z cienkiej, półprzezroczystej bawełny przypominającej gazę. Trochę niefajnie się z tego szyje, ale jest takie milutkie i mięciutkie, że już nie mogę doczekać się efektu końcowego.

Zdjęcia z procesu szycia możecie pooglądać na Instagramie, link z boku (na razie jedno zdjęcie, ale obiecuję wstawiać więcej). Do następnego posta, paaa

wtorek, 28 sierpnia 2018

Jak NIE szyć sukienki

Żyję! I mam się bardzo dobrze.

  Jak zapewne wiecie, zaczęłam szyć cosplay Elizy Schuyler z Hamiltona. Tia... Zaczęłam.
Od początku w sumie coś szło nie tak. Teraz sukienka leży w pudle, może kiedyś ją naprawię, ale pewnie po prostu wyrzucę, a spódnica będzie robiła za halkę.

znowu przepraszam za zdjęcia, ale w moim pokoju nie mam dobrego miejsca,
do tego podłoga jest krzywa i Żanetka nie
stoi prosto. Jakby jeszcze to nie wystarczyło, rozładował mi się aparat:(
upięłam to jakoś, żeby wyglądało, ale jest niemiłosiernie krzywo

jedno z wielu niechlujnych miejsc


a tutaj proszę bardzo nieskończone wszywanie fiszbin
   Postanowiłam podzielić się tu moim doświadczeniem, ku przestrodze innych. W kilku punktach wyodrębnię najważniejsze sprawy. Mam nadzieję, że komuś się to przyda

#1 Nie kupuj tkaniny w internecie, co do której masz wątpliwości.
   Lepiej naprawdę pojechać do sklepu z tkaninami, a jeżeli nie ma poszukiwanego materiału, chociaż dobrze wyczytać informacje z opisu, porównać je do czegoś, po prostu zrobić dobry reaserch.

  Myślałam, że satyna się nada. Znalazłam taką w idealnym kolorze, co prawda cienką, ale stwierdziłam, że skoro i tak mam pod spodem gorset i sztywną halkę, więc to nie problem. Tkanina okazała się mieć kolor inny niż na zdjęciu (chociaż to akurat dało się przewidzieć). Do tego źle się z niej szyło. Stanik to była tragedia. Tak cienki materiał nie nadaje się na suknię osiemnastowieczną. A mogłam kupić taftę...


#2 Szyj wersje próbne
   Albo chociaż rób podszewkę.

   Chociaż w moim wypadku to nie tu leżał problem. Użyłam tego samego wykroju, co na moją pszczyńską anglezkę, jednak tu coś nie pykło i rękawy wyszły tragicznie, a stanik był krzywy.


#3 Dokładnie myśl, co robisz
   Spontaniczność jest czasem potrzebna, ale wszystko z umiarem.

   Ja może trochę zaszalałam, nie pomyślałam nad tym, jak coś zszyć, żeby było ładnie. A dużo prując tylko porobiłam dziury.


#4 Nie spiesz się!
   Chyba najważniejsze. Wiadomo, bywają sytuacje, kiedy tego się nie uniknie, ale jeżeli tylko ma się możliwość, o wiele mądrzej jest rozłożyć pracę w czasie. Dużo lepiej mieć jedną, śliczną i porządnie uszytą sukienkę, niż pięć rozwalających się potworków, nie?

   Chciałam wyrobić się z cosplayem na spotkanie Hamilfanów w Katowicach, które ostatecznie się nie odbyło. Wszystko robiłam "na szybko", niechlujnie. Rękawy przez pośpiech wyszły byle jak, stresowałam się dużo, a i tak okazało się później, że niepotrzebnie szyłam tak szybko.


#5 Włóż w to serce!
   To też bardzo ważne. Trzeba chcieć coś robić, bo wtedy wychodzi to dużo staranniej, ładniej, a szycie staje się jeszcze przyjemniejsze!

   Na uszycie tego stroju namówiła mnie przyjaciółka. Sama w sumie nie byłam pewna, czy chcę to robić, ale stwierdziłam, że przecież co mi szkodzi.
   Szycie tej sukienki nie było przyjemne. I przez tkaninę, i deadline'a, ale też przez to, że nie czułam tego cosplayu. Może kiedyś do niego wrócę, zobaczymy.


  Jeszcze kilka dni temu patrząc na tego potwora miałam ochotę wyrzucić go razem z Bogu ducha winną Żanetką, ale jednocześnie w przypływie weny kończyłam wykańczać brzegi stanika. To chyba idealnie opisuje mój stosunek do tego cosplay'u.

   Oficjalnie mianuję to paskudztwo moim pierwszym w życiu UFO, a tymczasem moje myśli krążą teraz wokół napoleońskich reko, na które nie pojechałam w tym roku i aż do osiemnastki pewnie nie pojadę, roku 1797 i pewnej skandynawskiej sukni ślubnej... Ale o tym już niedługo.

   Jakby ktoś się martwił to ja raczej nie umieram, także jakbym stąd znikała to ten...


poniedziałek, 30 lipca 2018

Just you wait! ~~ Hamilton cosplay

   Tak jakoś od października sobie słucham takiego superowskiego musicalu "Hamilton" autorstwa Lina Manuela-królaipanawszechrzeczy-Mirandy*. Nieprzemijająca miłość do tego musicalu i szycie munduru Washingtona dla koleżanki skłoniły mnie do uszycia czegoś dla siebie. Wybór padł na Elizę Schuyler-żonę Hamiltona, która jest naprawdę jedną z lepszych jak dla mnie postaci.

   Kostiumy w musicalu są naprawdę poprawne historycznie. Właściwe sylwetki, kroje, wszystko tak szczegółowo dopracowane, że można by patrzeć i patrzeć. Jedynym minusem jest używanie zamków błyskawicznych, co złamało moje kostiumowe serduszko, ale nie ma się co dziwić, w teatrze nie ma czasu na zapinanie 26373672 guzików tylko po to, żeby zaśpiewać jedną piosenkę.
Łapcie kilka zdjęć, żebyście wiedzieli, o czym mówię:






Ładne są, ok?

   Tę sukienkę szyję ja (patrz: niebieska)





Troszkę sobie zmieniam, żeby bardziej było poprawne historycznie, ale ciiiii.

   Zakupiłam dosyć cienką satynę, której kolor na zdjęciu wyglądał perfekcyjnie, a w rzeczywistości jest trochę za ciemny. Szyje się to ciężko, zaciąga się, na dodatek maiłam problemy z wykrojem, z którego szyłam anglezkę na Pszczynę, nie wiem jak to się stało, ale jakoś nagle wykrój przestał pasować O.o Przez to wszystko mam ochotę wyrzucić kiecę przez okno.

   Aktualnie sukienka wisi na Żanetce. Jakoś przez te wakacje zamiast korzystać z czasu wolnego i szyć hurtem wszystko, co mi się podoba, to odpoczywam i tylko czasem sobie coś szydełkuję. Aleale planuję inną sukienkę, tym razem regencyjną, napiszę coś o niej za niedługo, a jak na razie to lecę zbierać siły i szukać weny do szycia.

Życzcie mi więc szczęścia, piszcie komentarze, bo potrzebuję waszej motywacji, wbijajcie na Instagrama (Fejsbuka, snapczata.... jeju brzmię jak jutuber), do zobaczenia <3

~~~~ zdjęcia pinterest

* "Hamilton: An American Musical" to taki genialny musical, sprawdźcie, naprawdę warto.






NAPRAWDĘ WARTO <3

środa, 27 czerwca 2018

Niemożliwe *.* ~ osiemnastowieczny stays

   Tytuł bardzo adekwatny, bo wciąż nie mogę uwierzyć, że udało mi się uszyć sznurówkę.

   Historia dosyć prosta, no wiadomo, gorsety zawsze się przydają, bo mając gorset można wszystko. I stwierdziłam, że sobie uszyję i że będzie fajnie.

.
.
.
I było <3

   Namęczyłam się trochę z tym cholerstwem, pieniążki na niego wydałam. Nie było to w sumie dużo(chyba max 50 zł)- dużo by było gdybym musiała zamawiać u gorseciarki. No ale jestem bardzo zadowolona  z efektu, serio. Wiem, że pewnie nie wygląda idealnie, ale go lubię. I spełniłam moje życiowe marzenie, a to najważniejsze <3 (za wysoki poziom słodyczy błeee)



    W XVIII wieku istniały 2 rodzaje sznurówek: pełnofiszbinowe-full boned i półfiszbinowe-half boned. Szyto je z 3-4 warstw materiału. Były to: podszewka, 2 warstwy "podstawowej" tkainy, między którą wkładano fiszbiny i tkanina wierzchnia. Do tego stays wiązano je z tyłu, z przodu, z obu stron, jedne miały ramiączka, inne nie, lamówka była ze skóry lub z tkanin, generalnie naprawdę się można pogubić. Pomimo wszystkich różnic, ich wspólnym zadaniem było nadanie tułowiu kobiety kształt "rożka".

   Swoją parę uszyłam z trzech warstw (nie mam podszewki). 2 warstwy to gruba tkanina naturalna(!) nie wiem z czego, kupiłam po prostu w sklepie z materiałami. Wierzchnia tkanina to pościel kupiona w lumpie z bardzooo historycznym wzorem (planuję z tego uszyć jeszcze open robe regencyjną na jakiś bal). Stays ma ramiączka, obszyłam go plastikową wstążką, niestety. Fiszbiny to opaski kablowe, tzw. trytytki. Kupiłam takie o długości ok 50cm i szerokości ok 5mm. Zużyłam jakieś 50, ale nie jestem pewna.

   Wykrój mam z tej strony (wiem, że to jest taki mały kostiumowy grzech, ale no, daje odpowiedni kształt, więc jest ok, a to jest tak naprawdę mój pierwszy gorset, chciałam mieć przynajmniej wykrój dobrze dopasowany). A, no i sznurówka jest pełnofiszbionowa. Szyta maszynowo, nie wiem, co jeszcze mogę o niej powiedzieć. Łapcie zdjęcia :*


przepraszam za kolor wstążek przy ramiączkach, ale tak jakoś zabrakło chęci pójścia do pasmanterii xd


kostiumowa ciąża :P

wiązanie takie w sumie mi krzywe wyszło :/

   Także pozdrawiam was wszystkich, do zobaczenia w najbliższej przyszłości :*

piątek, 1 czerwca 2018

XVIII-wieczna pszczyńska sielanka

   Wiem, że już nikt tego nie robi, że po raz któryś już się nikomu nie chce, ale ja po prostu muszę opisać sobotni piknik! (wcale nie dla tego, że mam zadanie do zrobienia, wcale)

fot. Grzegorz Krzysztofik

   VI Piknik Krynoliny w Pszczynie był moim pierwszym wydarzeniem kostiumowym. Szyć zaczęłam baaaardzo wcześnie, bo już w styczniu, żeby nie stresować się niepotrzebnie i spokojnie i radośnie wyruszyć w słoneczną majową sobotę na piknik.
  Oczywiście, wyszło jak wyszło i pomimo skończonej sukienki musiałam uszyć jeszcze męski mundur dla przyjaciółki (don't ask xD). Ale na szczęście zdążyłam, i pięknie ubrana, cała w nerwach wyruszyłam do Pszczyny.
   Miałam się nie stresować, i tu znowu wyszło jak zawsze, no bo jak  być opanowanym kiedy za kilka godzin pozna się tych wszystkich cudownych ludzi, których blogi czyta się i przegląda instagramy od jakichś 2 lat - no, nie da się po prostu xD.



   O samym pikniku mogę powiedzieć, że było naprawdę CUDOWNIE I WSPANIALE I MAGICZNIE I W OGÓLE MEEGA! To, że miałam możliwość porozmawiania z ludźmi, których przez jakieś dwa lata oglądałam tylko na ekranie telefonu, sprawiało, że miałam ochotę skakać z radości (serio). Do tego cały dzień w długiej sukni, zwiedzanie pięknego pszczyńskiego pałacu i wspaniały koncert kilku arii operowych naprawdę nadały temu wydarzeniu czarodziejski charakter i dalej, już dzień po tym, o realności wszystkiego zapewniają mnie tylko zdjęcia i sukienka wisząca na manekinie.


po prostu kocham to zdjęcie xD
fot. Paulina Kowalczyk

   Co do mnie samej. To było moje pierwsze podejście do XVIII wieku (w sumie na ten czas każda sukienka jest pierwszym podejściem) iiii łatwo nie było. Ale poradziłam sobie całkiem nieźle.
Miałam na sobie robe a'langlaise. Wykrój to oczywiście Nora Waugh, nie porywałam się na żadne zone-fronty, riuszki czy coś w tym stylu, bo uznałam, że zwyczajna sukienka jest i tak dużym wyzwaniem. Długo zastanawiałam się nad kolorem tkaniny. Do sklepu szłam z przeświadczeniem, że będą to błękitne paski z jakaś jasnoniebieską lub białą spódnicą. No i wyszłam z niego z 4m tego kwiatkowanego czegoś, co nawet nie jestem pewna czy wygląda epokowo i jest strasznie biedne xD. Przerażona myślą, że z brązową bawełnianą spódnicą spodnią (która idealnie by pasowała) mogę sprawiać wrażenie jakieś biednej mieszczanki otoczonej przez szlachtę w jedwabiach zaczęłam rozglądać się za czymś, co ożywi trochę mój pszczyński look. Znalazłam niedrogą satynę w żółtym, pasującym kolorze i z pomocą tutka American Duchess uszyłam sobie piękną satynową (oczywiście sztuczną, na jedwab mnie nie stać xd) spódnicę. Jedynym jej minusem było to, że te małe wkurzające muszki stwierdziły, że będą sobie na niej odpoczywać, bo czemu nie. Przez to jednym z moich zajęć na pikniku było zdejmowanie tych robaczków z siebie.

To ja z moją przyjaciółką. Tylko na tym zdjęciu widać całą sukienkę.

   Niestety, nie pomyślałam za bardzo o kapeluszu, chociaż mogłam go zrobić. Cóż, efekty tego w postaci, o zgrozo vol.1, opalenizny i, o zgrozo vol.2, piegów pewnie zobaczymy niebawem. Bo kochane słoneczko świeciło. I to mocno. Dzięki Bogu głównie siedzieliśmy w cieniu wielkimego drzewa, pod którego cieniem mogliśmy spokojnie oddać się piknikowaniu.


    Nie mam za bardzo żadnych zdjęć, na których jestem (nie licząc tych robionych przez moich rodziców). Trochę szkoda, mam nadzieję, że za rok będzie inaczej xD.

   Bawiłam się wspaniale, choć to za mało powiedziane. Moja obecność na tym pikniku była spełnieniem marzeń i ciężko wyrazić mi słowami zachwyt nad pięknymi sukienkami, cudownymi ludźmi, których poznałam i ogólnie całym wydarzeniem. Dziękuję wszystkim  mam nadzieję, że nie będzie to moje ostatnie kostiumowe wydarzenie i oczywiście, że zobaczymy się za rok :D <3


I tak w ogóle to zapraszam na mojego nowego instagrama, link gdzieś z boku xD.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*zdjęcia bez podpisanego autora są moje.

P.S.
Przepraszam, że nie wrzucałam tu nic wcześniej, ale ciężko mi się zmotywować do zrobienia zdjęć :P