środa, 27 czerwca 2018

Niemożliwe *.* ~ osiemnastowieczny stays

   Tytuł bardzo adekwatny, bo wciąż nie mogę uwierzyć, że udało mi się uszyć sznurówkę.

   Historia dosyć prosta, no wiadomo, gorsety zawsze się przydają, bo mając gorset można wszystko. I stwierdziłam, że sobie uszyję i że będzie fajnie.

.
.
.
I było <3

   Namęczyłam się trochę z tym cholerstwem, pieniążki na niego wydałam. Nie było to w sumie dużo(chyba max 50 zł)- dużo by było gdybym musiała zamawiać u gorseciarki. No ale jestem bardzo zadowolona  z efektu, serio. Wiem, że pewnie nie wygląda idealnie, ale go lubię. I spełniłam moje życiowe marzenie, a to najważniejsze <3 (za wysoki poziom słodyczy błeee)



    W XVIII wieku istniały 2 rodzaje sznurówek: pełnofiszbinowe-full boned i półfiszbinowe-half boned. Szyto je z 3-4 warstw materiału. Były to: podszewka, 2 warstwy "podstawowej" tkainy, między którą wkładano fiszbiny i tkanina wierzchnia. Do tego stays wiązano je z tyłu, z przodu, z obu stron, jedne miały ramiączka, inne nie, lamówka była ze skóry lub z tkanin, generalnie naprawdę się można pogubić. Pomimo wszystkich różnic, ich wspólnym zadaniem było nadanie tułowiu kobiety kształt "rożka".

   Swoją parę uszyłam z trzech warstw (nie mam podszewki). 2 warstwy to gruba tkanina naturalna(!) nie wiem z czego, kupiłam po prostu w sklepie z materiałami. Wierzchnia tkanina to pościel kupiona w lumpie z bardzooo historycznym wzorem (planuję z tego uszyć jeszcze open robe regencyjną na jakiś bal). Stays ma ramiączka, obszyłam go plastikową wstążką, niestety. Fiszbiny to opaski kablowe, tzw. trytytki. Kupiłam takie o długości ok 50cm i szerokości ok 5mm. Zużyłam jakieś 50, ale nie jestem pewna.

   Wykrój mam z tej strony (wiem, że to jest taki mały kostiumowy grzech, ale no, daje odpowiedni kształt, więc jest ok, a to jest tak naprawdę mój pierwszy gorset, chciałam mieć przynajmniej wykrój dobrze dopasowany). A, no i sznurówka jest pełnofiszbionowa. Szyta maszynowo, nie wiem, co jeszcze mogę o niej powiedzieć. Łapcie zdjęcia :*


przepraszam za kolor wstążek przy ramiączkach, ale tak jakoś zabrakło chęci pójścia do pasmanterii xd


kostiumowa ciąża :P

wiązanie takie w sumie mi krzywe wyszło :/

   Także pozdrawiam was wszystkich, do zobaczenia w najbliższej przyszłości :*

piątek, 1 czerwca 2018

XVIII-wieczna pszczyńska sielanka

   Wiem, że już nikt tego nie robi, że po raz któryś już się nikomu nie chce, ale ja po prostu muszę opisać sobotni piknik! (wcale nie dla tego, że mam zadanie do zrobienia, wcale)

fot. Grzegorz Krzysztofik

   VI Piknik Krynoliny w Pszczynie był moim pierwszym wydarzeniem kostiumowym. Szyć zaczęłam baaaardzo wcześnie, bo już w styczniu, żeby nie stresować się niepotrzebnie i spokojnie i radośnie wyruszyć w słoneczną majową sobotę na piknik.
  Oczywiście, wyszło jak wyszło i pomimo skończonej sukienki musiałam uszyć jeszcze męski mundur dla przyjaciółki (don't ask xD). Ale na szczęście zdążyłam, i pięknie ubrana, cała w nerwach wyruszyłam do Pszczyny.
   Miałam się nie stresować, i tu znowu wyszło jak zawsze, no bo jak  być opanowanym kiedy za kilka godzin pozna się tych wszystkich cudownych ludzi, których blogi czyta się i przegląda instagramy od jakichś 2 lat - no, nie da się po prostu xD.



   O samym pikniku mogę powiedzieć, że było naprawdę CUDOWNIE I WSPANIALE I MAGICZNIE I W OGÓLE MEEGA! To, że miałam możliwość porozmawiania z ludźmi, których przez jakieś dwa lata oglądałam tylko na ekranie telefonu, sprawiało, że miałam ochotę skakać z radości (serio). Do tego cały dzień w długiej sukni, zwiedzanie pięknego pszczyńskiego pałacu i wspaniały koncert kilku arii operowych naprawdę nadały temu wydarzeniu czarodziejski charakter i dalej, już dzień po tym, o realności wszystkiego zapewniają mnie tylko zdjęcia i sukienka wisząca na manekinie.


po prostu kocham to zdjęcie xD
fot. Paulina Kowalczyk

   Co do mnie samej. To było moje pierwsze podejście do XVIII wieku (w sumie na ten czas każda sukienka jest pierwszym podejściem) iiii łatwo nie było. Ale poradziłam sobie całkiem nieźle.
Miałam na sobie robe a'langlaise. Wykrój to oczywiście Nora Waugh, nie porywałam się na żadne zone-fronty, riuszki czy coś w tym stylu, bo uznałam, że zwyczajna sukienka jest i tak dużym wyzwaniem. Długo zastanawiałam się nad kolorem tkaniny. Do sklepu szłam z przeświadczeniem, że będą to błękitne paski z jakaś jasnoniebieską lub białą spódnicą. No i wyszłam z niego z 4m tego kwiatkowanego czegoś, co nawet nie jestem pewna czy wygląda epokowo i jest strasznie biedne xD. Przerażona myślą, że z brązową bawełnianą spódnicą spodnią (która idealnie by pasowała) mogę sprawiać wrażenie jakieś biednej mieszczanki otoczonej przez szlachtę w jedwabiach zaczęłam rozglądać się za czymś, co ożywi trochę mój pszczyński look. Znalazłam niedrogą satynę w żółtym, pasującym kolorze i z pomocą tutka American Duchess uszyłam sobie piękną satynową (oczywiście sztuczną, na jedwab mnie nie stać xd) spódnicę. Jedynym jej minusem było to, że te małe wkurzające muszki stwierdziły, że będą sobie na niej odpoczywać, bo czemu nie. Przez to jednym z moich zajęć na pikniku było zdejmowanie tych robaczków z siebie.

To ja z moją przyjaciółką. Tylko na tym zdjęciu widać całą sukienkę.

   Niestety, nie pomyślałam za bardzo o kapeluszu, chociaż mogłam go zrobić. Cóż, efekty tego w postaci, o zgrozo vol.1, opalenizny i, o zgrozo vol.2, piegów pewnie zobaczymy niebawem. Bo kochane słoneczko świeciło. I to mocno. Dzięki Bogu głównie siedzieliśmy w cieniu wielkimego drzewa, pod którego cieniem mogliśmy spokojnie oddać się piknikowaniu.


    Nie mam za bardzo żadnych zdjęć, na których jestem (nie licząc tych robionych przez moich rodziców). Trochę szkoda, mam nadzieję, że za rok będzie inaczej xD.

   Bawiłam się wspaniale, choć to za mało powiedziane. Moja obecność na tym pikniku była spełnieniem marzeń i ciężko wyrazić mi słowami zachwyt nad pięknymi sukienkami, cudownymi ludźmi, których poznałam i ogólnie całym wydarzeniem. Dziękuję wszystkim  mam nadzieję, że nie będzie to moje ostatnie kostiumowe wydarzenie i oczywiście, że zobaczymy się za rok :D <3


I tak w ogóle to zapraszam na mojego nowego instagrama, link gdzieś z boku xD.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
*zdjęcia bez podpisanego autora są moje.

P.S.
Przepraszam, że nie wrzucałam tu nic wcześniej, ale ciężko mi się zmotywować do zrobienia zdjęć :P

czwartek, 5 kwietnia 2018

Takie trochę nic

Jakiś czas temu uszyłam regencyjną sukienkę. Taką zwykłą, bez ozdób. Chciałam bardziej poćwiczyć przed szyciem trudniejszych rzeczy. Pokaże ją tylko dzisiaj, może ładniejsze zdjęcia kiedyś zrobię, nie wiem, zobaczy się. '
ups, z żelazkiem to to nie miało nigdy do czynenia


   Suknia uszyta jest z jakiegoś prześcieradła z lumpa, jak zawsze. Wykrój robiłam sama, po prostu przerobiłam standardowy wykrój na bluzkę. Jestem bardzo zadowolona z tego, jak ładnie wyszedł mi tył. Rękawki są śmieszne, ale dosyć ciekawie się je robiło.
Ta fioletowa wstążka to jakaś sztuczna podróbka aksamitu czy czegoś w tym stylu z Tigera. Kompletnie niehistoryczna, ale w dotyku jest milutka i pasowała do koloru kwiatków.

   Niestety, zaczęłam kroić od stanika sukienki i przez to nie starczyło mi tkaniny na szerszą spódnicę, więc jestem zmuszona robić małe kroczki xD

   Jako sposób zakładania (XD) wybrałam ten sposób z fartuszkiem, jakby ktoś był ciekawy.




piękne ręcznie obszywane dziurki ^^

A to jest mój nieładny short stays. Zrobiłam go dawno temu, bo w wakacje. Wykrój narysowała według tego tutorialu. Lamówka sztuczna, materiał pewnie też. Stays cały się już pruje, jest krzywy, nie ma żadnego usztywnienia, ale daje sobie radę :D

Halki nie ma, bo się wkurzyłam i wyrzuciłam ją w połowie szycia.


Przepraszam Was, że ostatnio tak malutko piszę, ale odpoczywam po ciężkim dla mnie okresie w  życiu (XD). Ale serio to jestem trochę przepracowana, muszę wrócić do normalności. Myślę już nad pewnym postem, który będzie trochę wymagający. Jak będą czas i chęci to go napiszę.


niedziela, 18 marca 2018

Robe a l'anglaise

Nie wiem jak to się stało, ale ten blog ma już rok XD
Także wszyscy niech ładnie zaśpiewają sto lat i przechodzimy do posta:
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Chciałam napisać  tylko, co sobie chcę uszyć na piknik.
Z początku myślałam, że będzie to pierrot. Ot, jakiś żakiecik, łatwo będzie. No tak niezbyt. Bo pierrot to chyba najbardziej skomplikowana w kroju osiemnastowieczna rzecz ( zaraz po robe a la francaise, pet'en'lairze i pewnie czymś, o czego istnieniu nawet nie wiem).
Myślałam więc, co mi się też podoba, a co nie będzie trudne do uszycia. Chemise a la reine nie, bo takie zbyt popularne i każdy w tym będzie, robe a l'anglaise... No właśnie! Moja mama powiedziała, że to w sumie jest ładniejsze od pierrota. Poszperałam trochę na pintereście, popatrzyłam na wykrój od Nory Waugh i postanowiłam: "tak, to jest to".

Pozostaje teraz kwestia koloru. Chcę paski. To wiem na pewno. Albo nie. Zależy. Nie wiem kompletnie! Myślałam właśnie o biało-niebieskich paskach z białą spódnicą spodnią. Zobaczę też, co będzie w sklepie z tkaninami. Tymczasem wrzucam tutaj kilka przykładowych sukienek:

(Podobają mi się te proste, bez falbanek. Chyba właśnie taką sobie uszyję :))





To ja się biorę do pracy :)


czwartek, 1 lutego 2018

Zmiany

*uwaga, zmieniłam wygląd bloga, bo był już dla mnie trochę zbyt cukierkowy. Nie znam się na tym kompletnie, mam nadzieję, że nie jest aż tak źle. (co ja się oszukuję, wygląda koszmarnie xd). Tyle mam do powiedzenia, kurtyna*

niedziela, 28 stycznia 2018

Styczniowy update

   To dzisiaj tak krótko, pokażę Wam tylko, co uszyłam ostatnio.
 
   O XVIII wieku gadam ostatnio cały czas, bo a) "wielkimi krokami" zbliża się Piknik w Pszczynie (nawet nie znam daty loool), a przez ostatnie kilkanaście miesięcy wyjazd na niego jest moim największym marzeniem, więc trudno, musicie znieść moje ględzenie o tym :* b) Hamilton: The American musical (wpiszcie sobie w google-serdecznie polecam wszystkim) i c) po prostu mi się podoba.

    Świadoma tego, że pewnie nie znajdę czasu, a do uszycia jest kupa rzeczy (co będę tutaj w miarę możliwości relacjonować), już zaczęłam coś robić. Mianowicie:
-bum pad/roll (sama nie wiem czym ten mój stwór jest ostatecznie)
-halka



wykrój, gdyby ktoś chciał (sama nie wiem jak udało  mi się to narysować *,*)


   Moją poduchę prezentuje panna Żanetka (została ochrzczona tak przez mojego tatę, nie miałam nic do gadania xd). Historia, jak ta uboga dziewczyna z prowincji dostała szansę na noszenie strojów rodem z królewskiej garderoby jest zbyt długa i nudna, żebym Wam ją opowiadała. Bohaterka natomiast nie wydaje się zbyt chętna, aby zrobić to sama. Opowieść więc przemilczymy, powiem tylko, iż Żanetka jest szczęśliwa będąc moim wieszakiem na swetry <3.

   Co do samej poduszki: nie wiem, czy mam ją zaliczyć do bum padów czy bum rollów xddd. Ale to chyba nie jest takie ważne. Uszyta z jakiegoś dziwnego materiału (tego samego, co mój regencyjny stays, ale o tym innym razem), wypchana starymi szyciowymi grzechami.





   A to halka jest, wzięłam po prostu kawał prześcieradła, zszyłam z jednej strony (ale nie do końca), tak, żeby została dziura, aby móc do kieszeni sięgnąć (kieszenie na razie się haftują). Z drugiej strony nacięłam, żeby też była dziura. "Piękne" pilsy to zasługa pomocnej Żanetki, niewyprasowana halka to już moja wina (przepraszam). Wiązanie to dwa kawałki białej wstążki zaszyte w tunelach. 
   Przy tych dziurach źle się układa, bo wycięłam równy prostokąt, przez co tył był krótszy (bo bum pad). Podwinęłam więc trochę więcej na górze, i tak się zrobiło. Ale nie ważne, to tylko halka.

Czyli do uszycia zostały mi:
-stays
-kieszenie
-czepek
-robe a'langlaise (a jednak!!!! koncepcja się zmieniła, zamiast pierrota będzie anglezka, bo chyba prostsza do uszycia)
-fichu

No i jeszcze na dodatek pełny męski mundur, ale to nie ważne xd.


coming soon...

Mam ostatnio dużo pomysłów na posty, nie wiem jednak jak to będzie z lutym, bo mam wtedy ferie i wyjeżdżam na prawie całe 2 tygodnie :D. Ale na pewno kiedyś napiszę to wszystko, co chcę.

A jak tam Wasz styczeń? Udało się coś uszyć?

sobota, 13 stycznia 2018

Drogą na Zielone Wzgórza-edwardiańska sukienka dziecięca

  (Uwaga uwaga, post był pisany pół roku temu, przepraszam za idiotyczne wyrażenia, błędy, itd... Wiadomo, o co mi chodzi ;)
Zdjęcia bez twarzy bo tak naprawdę na każdym wyglądałam źle.)

Po długich miesiącach mniej lub bardziej intensywnej pracy, mogę stwierdzić, że to coś trzyma się kupy, co więcej, podobno jest nawet ładne.


  Jako pierwszy projekt w mojej kostiumowej karierze wybrałam dziecięcą sukienkę z lat 90 XIX wieku (pisałam o tym w tym poście). Nie wiem dlaczego, na początku był plan zaczynać od regencji, uszyłam nawet szkaradne chemise i halkę, ale  w końcu padło na "Anię". Stwierdziłam, że jak nie teraz, to nigdy, bo później będę za stara, a dorosła panna nosząca dziecięce ubranie to widok co najmniej gorszący. Chyba też od zawsze chciałam mieć właśnie taką wiejską, edwardiańką sukienkę. Poczuć się jak bohaterka książki i pobiegać boso w tejże sukience po łące o poranku. Z biegania nic nie wyszło, tak samo jak z innych zabaw, o których dawniej marzyłam, ale sukienkę mam.


   Gdybym miała wskazać datowanie, powiedziałabym, że wyszedł taki 1898, bo ani to do końca wiktoriańskie, ani  edwardiańskie

   Sukienka jest uszyta z bawełnianej błękitnej tkaniny w białe kwiatki( żart to poszwa na kołdrę z SH). Bufki nie wyszły one dokładnie tak, jak chciałam, ale samodzielnie przekształciłam wykrój i o dziwo nie jest to tragedia. Chociaż rękawy trochę krępują mi ruchy.
Stójka też jest ciasna, bo chyba za bardzo coś skróciłam, jak robiłam zapięcie (w ogóle nie mam pojęcia, jakim cudem to istnieje, bo robiłam na podstawie moich "profesjonalnych obserwacji").
Ale moim zdaniem całość wygląda nieźle, choć jest trochę przyciasne. Szkoda mi też, że miałam tak mało tkaniny, zrobiłabym ładniejszą spódnicę.


  Fartuszek jest lepszy. Chyba. Z prześcieradła (cóż za zaskoczenie!).
Jest zapinany z tyłu na guziki. Nie ma rękawów, a podwijanie półokrągłych brzegów idzie mi co najmniej źle (gdybym tylko umiała zrobić lamówkę). Więc jest (bardzo) krzywo wykończony. Na szczęście nie widać tego z daleka.
Wzorowałam się na fartuchu Diany z "Ani...".  Głównie podobieństwo to to okrągłe coś z przodu. Dodałam też koronkę. Bo tak.

   Pod spodem mam oczywiście chemisepantalony i halkę. Przepraszam za bose stópki, ale nie posiadam ani pończoch, ani butów :'(.

Szycie tego wszystkiego sprawiło mi wiele radości. Przyjemnie było tak "przenosić się w czasie". Jak dla mnie efekt końcowy jest naprawdę zadowalający, wszystko zrobiłam sama, bez niczyjej pomocy (babcia tylko pokazała, jak obszyć dziurki na guziki). Wiem, że nie jest idealnie, ale przyznajmy się, nigdy nie będzie. Dzięki pracy nad tym projektem zrozumiałam wiele rzeczy, które przydadzą mi się w dalszym tworzeniu i pisaniu bloga :D.

To ten, żegnam się z wami na razie.